Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
1.2 Anioł

1.2 Anioł

ROZDZIAŁ II: Holly
Gdy weszli przez rozwalającą się bramę gospodarstwa państwa Moore, z tyłu domu zobaczyli siedzących na werandzie właścicieli, popijających prawdopodobnie herbatę, a dalej za ogrodzeniem Holly ćwiczyła z piękną, jasnobrązową klaczą, każąc jej biegać dookoła ogrodzenia.
- Ale super! – zawołała Kinga podchodząc bliżej. – Uwielbiam patrzeć, jak Holly pracuje z końmi.
- Przysiądźcie się, kochani – zaprosiła babcia Kaylii, uśmiechając się radośnie. – Zgadzam się z tobą. Holly świetnie sobie radzi ze zwierzętami.
Holly zmusiła klaczkę do kłusa, a potem do zmiany kierunku biegu. Po chwili klaczka zwolniła, a następnie zatrzymała się, gdy ta stanęła do niej bokiem i spuściła głowę. Koń powoli podszedł do niej i szturchnął ją swoim pięknym łbem, zamiatając powietrze grzywą. Holly odwróciła się do niego i pocałowała go w pysk, a potem odeszła kilka kroków i czekała. Zwierzę podeszło do niej. Powtórzyła to kilkakrotnie, za każdym razem otrzymując ten sam efekt – zaufało jej.
- Niesamowite – westchnęła rozmarzona Kayla.
Holly odwróciła głowę w ich kierunku i pomachała im na przywitanie, a potem złapała linę, i poprowadziła konia ku werandzie.
- Jak ty to robisz? – zdumiał się Mark. – Ja bym się bał podejść do konia.
Holly roześmiała się.
- Musisz mu po prostu zaufać. Pokazać, że wcale się go nie boisz, nawet jeśli w rzeczywistości jest inaczej. Szanuj go, a on uszanuje ciebie. Chodź, spróbuj.
- Chyba żartujesz… Nie ma szans! Mam uraz z dzieciństwa, kiedy spadłem z konia i złamałem rękę w dwóch miejscach.
Kayla pokręciła głową.
- Z takim nastawieniem to na pewno nie zostaniesz dżokejem.
- No, to na co czekasz, Kayla? – odgryzł się Mark z uśmiechem. Holly spojrzała na nią znacząco.
- Nie masz się czego bać – powiedziała, gładząc bok konia. – Mów do niej łagodnie i przede wszystkim nie okazuj strachu.
Kayla powoli podeszła bliżej, starając się opanować drżenie kolan. W życiu nie głaskała konia. Ba! Nawet żadnego z bliska nie widziała.
- Hej, koniku – szepnęła, wyciągając rękę ku klaczy, która prychnęła i cofnęła się, spoglądając na nią nieufnie. Holly pogładziła ją po pysku, przemawiając do niej cicho.
- Spokojnie, staruszko… - szeptała, delikatnie masując pysk klaczki obiema dłońmi; zataczała po nim koła, a koń powoli się uspokajał i parsknął, jednak to wydawało się westchnieniem, oznaczającym, że mu się podoba. – Spróbuj jeszcze raz, Kayla. Tylko spokojnie i bardziej stanowczo. Pokaż jej, że się nie boisz i, że ona też nie ma się czego bać.
Kayla wzięła głęboki oddech i spróbowała ponownie. Tym razem, gdy mówiła cicho do zwierzęcia, ono nie patrzyło już tak nieufnie i po chwili pozwoliło, by je pogłaskała. Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko, co tylko poprawiło jej sytuację, ponieważ klaczka trąciła ją pyskiem.
- Widzisz? – zaśmiała się Holly. – To nic trudnego.
- Ani przyjemnego – usłyszeli niemiły głos. Gdy się odwrócili, dostrzegli stojącą w bramie na tył domu Michaelle. Tuż za nią stał John, który uśmiechał się jakby nieco zawstydzony i niepewny.
- Dzień dobry – przywitał się. Jego narzeczona nic nie powiedziała, tylko patrzyła z drwiącym uśmieszkiem na Holly.
– Same kłaki. Chociaż zależy, co kto lubi – westchnęła.
Była naprawdę piękna. Długie, jasne włosy miała rozpuszczone, a na szczupłym ciele idealnie leżała letnia sukienka, niesamowicie kontrastująca z jej kawową karnacją.
- Owszem, niektórzy są zbyt głupi dla zwierząt – westchnęła Holly, a Kayla i Kinga z trudem stłumiły chichot. Michaelle zrobiła groźną minę, ale po chwili znów się uśmiechnęła z kpiną. Pewnym krokiem ruszyła przed siebie, podchodząc do zwierzęcia, które prychnęło i cofnęło się.
- Michaelle, może lepiej tego nie rób – rzucił cicho John, z nadzieją, że uda mu się ją powstrzymać.
- Daj spokój, John – rzuciła. – Skoro ona może, to dlaczego ja nie?
- Bo tobie Perła nie ufa – odpowiedziała za niego lodowato Holly. Michaelle parsknęła śmiechem.
- Oczywiście – rzuciła z politowaniem. Zrobiła kilka kolejnych kroków, patrząc klaczy prosto w oczy z drwiącymi błyskami w swoich niebieskich tęczówkach. Klaczka prychnęła groźnie, a kiedy to nie podziałało stanęła dęba i zaryczała. Holly pociągnęła za linę, krzycząc do Kaylii:
- Odsuń się, szybko!
Dziewczyna natychmiast posłuchała. Jednak Michaelle stała oniemiała i jakby czekała aż koń ją kopnie. Złapała ją za ramię i odciągnęła, a klaczka opadła dysząc ze złości. Holly, wciąż mocno ściskając linę, szeptała do niej łagodnie, sama próbując się opanować. Miała ochotę rzucić się na narzeczoną Johna i wyrwać jej te kłaki z głowy, ale teraz najważniejsza była Perła.
- Lepiej będzie jak już pójdziecie – dotarł do wszystkich głos Alicie. Stała na ganku z bladą, ale zaciętą twarzą. Spoglądała na Michaelle, również z trudem panując nad złością.
John natychmiast podszedł bliżej i pociągnął narzeczoną za rękę. Ta, jakby wytrącona z transu, spojrzała na konia niemal ze strachem i pozwoliła się poprowadzić do bramy. Gdy już ją minęli, odwróciła się i ze stoickim spokojem, a także drwiną rzuciła:
- Hej, ty, weterynarz! Uśpijże tego konia, to przecież należy do twoich obowiązków!
Holly zbladła jeszcze bardziej, ale oprócz tego nie dała po sobie poznać, że usłyszała jej słowa. Odezwała się dopiero, gdy John i Michaelle zniknęli za zakrętem drogi.
- Chyba zaprowadzę ją do stajni.
- Pomożemy ci! – zaoferowała natychmiast Kayla, a Kinga i Mark wstali natychmiast, czekając na polecenia. Holly jednak pokręciła głową, niemal ze smutkiem.
- Nie. Jest trochę zdenerwowana i nie ufa wam jeszcze. Poza tym dam sobie radę – dodała, jakby chciała ich przekonać, że nie jest łamagą.
- Oczywiście, że tak – powiedziała łagodnie Alicie. – Nikt nie poradzi sobie lepiej od ciebie. Perła ma wielkie szczęście.
Holly uśmiechnęła się słabo, ale w jej oczach zalśniły łzy. By to ukryć cmoknęła na konia i odwróciła się czym prędzej, prowadząc klacz do stajni znajdującej się za ogrodzeniem po prawej stronie.
- Co za okropna kobieta! – westchnął Theodor, gdy Holly nie mogła już ich usłyszeć. Wszyscy zgodnie pokiwali głowami.
- Dlaczego ona tak nie lubi Holly? – zapytała Kayla.
- Bo nie lubi zwierząt – odpowiedziała babcia. – Poza tym, jeśli się nie mylę, ona i Holly kiedyś pokłóciły się i od tamtej pory tak się zachowują. Zresztą Holly jest powszechnie lubiana i dobrze radzi sobie ze zwierzętami, czego zawsze brakowało Michaelle, więc ta pewnie jej zazdrości. Ale – babcia spojrzała na nich znacząco – ja nic o tym nie wiem.

* * *

Wszyscy usiedli w kuchni, próbując dojść do siebie po tym, co się wydarzyło. Dziadek zaproponował, by ktoś poszedł po Holly, która od półgodziny siedziała w stajni, jednak babcia stwierdziła, że jak nie będzie już potrzebowała chwili samotności to sama do nich przyjdzie. Jednak, gdy minęło kolejne dziesięć minut, babcia dała za wygraną i stwierdziła, że najlepiej będzie, jeśli Kayla tam pójdzie. Dziewczyna natychmiast się zgodziła i wyszła z domu. Przez ogrodzony teren szła szybko, rozglądając się za drzwiami do stajni. Widziała budynek doskonale – stał prostopadle do ogrodzenia, jednak wejście musiało być z boku. Gdy wreszcie je znalazła, owinął ją typowy zapach koni, który zawsze sobie wyobrażała, gdy widziała typowe stajnie w telewizji.
Minęła kilka pustych boksów i dopiero w środkowym znalazła Holly, czeszącą jakiegoś czarnego mustanga.
- Hej – powiedziała cicho. Holly spojrzała na nią. – Nie przeszkadzam?
- Nie, jasne, że nie. Chodź. Poznasz Timmy’ego. Nie bój się go. To najspokojniejszy koń na świecie.
- Cześć, Timmy – szepnęła Kayla, wchodząc do środka. Ostrożnie podeszła do konia i z radością zauważyła, że patrzy na nią ufnie. Poklepała go po pysku, całując jego środek.
- Masz. Daj mu to – poleciła Holly, kładąc na jej dłoni cukierek, który wyciągnęła z kieszeni. – Przepada za nimi.
Kayla podsunęła mu do pyska otwartą dłoń z cukierkiem i zaśmiała się cicho, gdy polizał ją, zabierając słodkość.
- Przepraszam – powiedziała w końcu Holly, a Kayla dopiero wtedy zwróciła na nią swoją uwagę. Kobieta miała lekko zaczerwienione obwódki oczu, co świadczyło, że przed chwilą płakała.
- Za co? – zdziwiła się. – Przecież to była wina tej żmii, Michaelle.
- Powinnam była przewidzieć, że coś takiego może się stać. Niepotrzebnie naraziłam was na niebezpieczeństwo.
- Holly, nikt cię za to nie wini! – zapewniła ją gorąco Kayla. – Gdyby nie ta wiedźma z piekła rodem, to nic złego by się nie stało. Postępując tak nierozważnie, sama się prosiła, żeby ktoś ją poturbował. Jeszcze trochę i ja bym się na nią rzuciła.
Holly zaśmiała się cicho, jednak po chwili znów spoważniała.
- Ale wiem, czego można się po niej spodziewać. Jak ich zobaczyłam, powinnam była natychmiast zaprowadzić Perłę do stajni.
- Holly, przecież nic złego się nie stało. I ja, i ta flądra jesteśmy całe. A ona naprawdę jest bezczelna i arogancka. Ktoś taki nie zasługuje, żeby zbliżyć się do konia czy każdego innego zwierzęcia na kilometr. Nie przejmuj się tym, co powiedziała. Uwierz w siebie.
- Próbuję, Kayla, naprawdę. Ale kiedy ją widzę, to krew mnie zalewa i od razu tracę resztki pewności siebie. Przy niej zawsze byłam małą, szarą myszką.  Jeszcze od kiedy dowiedziałam się, że John się jej oświadczył… świat się dla mnie zawalił.
Kayla pokiwała głową. Coś o tym uczuciu wiedziała.
- Moja mama, po śmierci taty, często spotykała się z innymi mężczyznami. Żaden z nich nie starał się nawet być dla mnie miłym. Udawali tylko przy mamie. Na szczęście z żadnym nigdy się nie ożeniła. Może z powodu taty, a może dlatego, że wiedziała, co o nich myślę.
- Tęsknisz za nią? – zapytała Holly, wciąż gładząc szczotką to samo miejsce na grzbiecie Timmy’ego.
- Bardzo – odpowiedziała cicho Kayla. – Ale tak naprawdę chyba wciąż jeszcze do mnie nie dotarło, że… że jej już nie ma – głos jej się załamał, a Holly poklepała ją po ramieniu.
- Hej – szepnęła. – Jeśli nie chcesz, to nie mów… nie powinnam była o to pytać.
- Nie – pokręciła głową Kayla. – Ja… ja chyba jestem wreszcie gotowa na tę rozmowę. Wydaje mi się, że… że powinnam z kimś o tym pogadać.
Przez chwilę milczała. Holly również; chciała jej w ten sposób pokazać, że może mówić, ile będzie chciała, a ona jej wysłucha.
- Ostatnio często się z nią kłóciłam. Nie była zadowolona z moich ocen, a ja miałam wrażenie, że nigdy z nich nie będzie zadowolona. Że zawsze coś jej przeszkadzało. Teraz wiem, że to nieprawda.
Znów zamilkła. Nie wiedziała, co ma powiedzieć, bo tak naprawdę w głowie huczały jej nieuporządkowane myśli, a Holly przekazywała tę, która była najgłośniejsza.
Kayla miała wielką ochotę zacząć wszystko od nowa, ponieważ raz po raz widziała w oczach przyjaciółki niezrozumienie, ale ta była tak miła, że nie przerywała jej. Chyba zdawała sobie sprawę, że to wcale nie jest łatwe, że nie wystarczy wziąć tabletki na ból głowy i wszystko zniknie.
- Tego dnia wracała z podróży służbowej. Była sama, ponieważ chciała wrócić szybciej. Obiecała mi, że następnego dnia pojedziemy na małą wycieczkę. Była już zapłacona. Kilka godzin wcześniej, zanim mama wyjechała z hotelu, rozmawiałam z nią przez telefon. Mówiła, że trochę boli ją głowa, ale zaraz przejdzie. Potem stwierdziła, że weźmie tabletkę. Na autostradzie zasnęła przed kierownicą. Samochód zaczął przyspieszać… Kiedy byłam w szpitalu, gdzie zmarła, jakaś starsza pani podeszła do mnie i… strasznie krzyczała. Mówiła, że to wszystko wina mamy, że to przez nią ci ludzie nie żyją… A ja nie mogłam tego wytrzymać. Wybiegłam ze szpitala i przez tą kobietę nie zdążyłam porozmawiać z mamą – załkała. Holly bez słowa przygarnęła ją do siebie. Gdy Kayla wtuliła policzek w jej twarz, poczuła na skórze nowe łzy, choć nie była pewna, do której z nich należały. - Tak strasznie za nią tęsknię...!
- Wiem, kochanie – szepnęła Holly, kołysząc ją w swoich ramionach niczym własną córkę.
Stały tak chwilę, dopóki Timmy nie szturchnął ich pyskiem, żeby skupić na sobie ich uwagę. Obie ucieszyły się, że ktoś odciąga ich ponure myśli od tego tematu i natychmiast spełniły jego prośbę, a raczej rozkaz. Nie odważyły się sprzeciwić, ponieważ koń dał im jasno do zrozumienia, że jeśli nie będą mu poświęcały w pełni swojej uwagi, to śmiertelnie się na nie obrazi.
Po jakimś czasie Kayla przerwała ciszę.
- Już wiem, czemu od razu nie wróciłaś do domu po tym, jak odprowadziłaś Perłę. Praca przy koniach jest taka odprężająca!
Holly uśmiechnęła się.
- To prawda. Twoi dziadkowie pozwalają mi tu przychodzić, jak tylko mam jakiś problem. A jeśli to wyjątkowo nie pomaga, zawsze mogę liczyć na pomoc pani Moore.
- Mogę mieć do ciebie prośbę? – zapytała nagle Kayla.
- Oczywiście.
- Naucz mnie wszystkiego, co wiesz o koniach. Chciałabym, żeby mnie też tak ufały. A zwłaszcza Perła – dodała znacząco, a Holly uśmiechnęła się.
- Chcesz zajmować się nimi czy na nich jeździć? – zapytała. Kayla zastanowiła się.
- I jedno, i drugie. Konie są niesamowite.
- Prawda? – rzuciła Holly, podając kolejnego cukierka żarłocznemu zwierzęciu.
- To… co? Nauczysz mnie?
- Jasne. Z przyjemnością.

* * *
           Od tamtej pory zawiązały się między nimi przyjacielskie stosunki. Kayla, pomimo tego, że mnóstwo czasu spędzała na spotkaniach z Kingą i Markiem (którzy okazali się wspaniałym towarzyszami i równie dobrymi słuchaczami, jak Holly), pomagała jeszcze dziadkom przy gospodarstwie i raz na jakiś czas asystowała Holly (oczywiście, pod jej czujnym okiem) przy zwierzętach innych mieszkańców, dzięki czemu lepiej ich poznała oraz szybciej zaaklimatyzowała się w nowym środowisku, jak nazywała to babcia Alicie.
Z powodu tych zajęć, Kayla nie miała praktycznie czasu, by pomyśleć o mamie, czy po prostu spędzić chwilę sama; wstawała rano, ponieważ budziło ją pianie koguta sąsiadów (nazywał się Fredro, jako że jego właścicielka wręcz przepadała za „Zemstą”) i od razu szykowała śniadanie (czemu dziadkowie nie mogli się nadziwić: „twój ojciec najchętniej czekałby na śniadanie do łóżka!”), a potem spędzała mnóstwo czasu u Perły, choć wciąż trochę się jej bała. Holly doradziła jej, że powinna najpierw przyzwyczaić ją do siebie, ale na wszelki wypadek kazała nie wchodzić jej do boksów bez asekuracji, jak sama to ujęła, mając, oczywiście, na myśli swoją obecność.
Choć najwięcej czasu spędzała z Kingą i Markiem, wszędzie dało się wyczuć jej obecność. Dziadek nie raz twierdził, że dziewczyna zapracowuje się na śmierć, jednak ona, mimo zmęczenia, czuła się po prostu szczęśliwa. Może to było zbyt mocne określenie, zważywszy, że niedawno spotkała ją straszna tragedia, więc chyba bardziej pasowałoby to, że odnalazła swoje miejsce i za nic w świecie nie chciała wracać do Londynu. Dlatego, gdy następnego dnia po wydarzeniu z Michaelle i Perłą, dziadek powiedział, że jedzie do miasta i zapytał się, czy chciałaby z nim pojechać, ona oświadczyła, że woli zostać tutaj. Babcia tak się wzruszyła, że mocno ją uściskała, a dziadek uśmiechnął szeroko i zapewnił ją, że bardzo się z tego powodu cieszy.
Dzień mijał za dniem, a Kayla odwiedziła już praktycznie całą wieś, prócz kilku domostw, w tym domu Johna (omijała go szerokim łukiem ze względu na Michaelle), wielkiej willi stojącej na obrzeżach miasteczka, w której mieszkali przyszli teściowie rudzielca ze stacji, a także małego, brudnego domku, który niszczył wizerunek ładnej wsi, stojąc w najbardziej widocznym miejscu i świecąc chwastami dookoła.
Kinga powiedziała jej kiedyś, że w środku mieszka młody mężczyzna, który kiedyś był w więzieniu, niesłusznie, zresztą - jak sam twierdził. Ludzie stronili od niego, a on od nich. Choć kilka osób (w tym państwo Marshall, dziadkowie Kaylii i Holly) chciało wyciągnąć go niemal siłą na światło dzienne, on stanowczo się odgradzał. Nazywał się Stan Collins. Nikt nie wiedział, czym się zajmuje ani kim tak naprawdę jest. Gdy pokazywał się na ulicy, ludzie odsuwali się od niego, jakby był zaraźliwie chory, a sklep, do którego wchodził, pustoszał natychmiast.
Był on wysokim, krępym mężczyzną z burzą czarnych włosów. Miał szerokie czoło i nisko osadzone ciemne oczy o nieodgadnionej barwie. Jego nos był długi i zakończony spiczasto, a szeroka szczęka porośnięta była kilkudniowym zarostem. Najczęściej nosił na sobie stare, połatane ubrania, na co nonszalancko nie zwracał uwadi. Mówił głębokim, uspokajającym basem, który sprawiał, że aż chciało się go słuchać, jednak miejscowi stwierdzili, że budzi grozę. Ci, którzy lubili tworzyć niestworzone historie, by straszyć dzieci (i dorosłych także), nie popisali się tym razem – z ich ust wyszła plotka, że zabił poprzednich właścicieli swojej chałupy, jak złośliwi nazywali jego dom między sobą. Prawda jednak była taka, że państwo Stephenson, po tym, jak cała trójka ich dzieci pozakładała rodziny, wyprowadzili się do większego miasta, by być bliżej wnuków, a dom sprzedali synowi przyjaciela, który z kolei pozwolił zamieszkać w nim Stanowi, gdy ten wyszedł z więzienia.
- Dlaczego on tak stroni od ludzi? – zapytała w końcu Kayla. Siedziała na siedzeniu pasażera w terenówce Holly, którą jechały do pobliskiej wsi, by kupić nowe bandaże elastyczne dla zwierząt i przejeżdżały akurat przed jego domem.
- Kayla, zastanów się – westchnęła Holly. – Wyobraź sobie, że wstajesz codziennie rano bez żadnego celu, błąkasz się po domu, może coś zjesz, jeśli masz co, a może nie jesteś głodna. Wychodzisz na zakupy i twoje okropne samopoczucie pogarsza się, gdy ludzie na twój widok odsuwają się od ciebie, albo demonstracyjnie ściszają głos, gdy jesteś obok. Potem wracasz do domu, starając się o tym nie myśleć i znów siedzisz przy stole bez celu i sensu. Twoje ubrania są stare i podniszczone, w domu panuje brud i nieład, ogród zarósł chwastami, a ty nie masz najmniejszej ochoty na nic.
- Okej, okej, zrozumiałam – powiedziała Kayla. W jej oczach błysnęły łzy, a Holly, zauważywszy to, westchnęła.
- Przepraszam. Nie powinnam była ci tego mówić.
- Nie. Dobrze, że mi powiedziałaś. Trzeba by kiedyś wprosić się do niego na imprezę. Przecież na pewno nie jest taki straszny, jak mówią ludzie.
Kayla, choć mieszkała tutaj dopiero od dwóch tygodni, doskonale wiedziała, że ludzie, z braku innych rozrywek, wymyślają niestworzone rzeczy, byle tylko wypełnić czymś dzień albo rozmowę.
- Oczywiście, że nie jest – odpowiedziała. – Zresztą zaraz się przekonasz.
Ku zdumieniu Kayli, zatrzymała się przed mężczyzną, idącym poboczem w stronę sklepowej części miasteczka.
- Hej, Stan – uśmiechnęła się do niego znad szyby. – Podwieźć cię gdzieś?
- Nie, dzięki – odparł szorstko. – Mam nogi. Jeszcze.
- Pamiętasz Kaylę? – ciągnęła dalej, niezrażona. Kayla pomachała mu ręką z uśmiechem. Nie odwzajemnił ani tego, ani tego.
- Nie.
- To wnuczka państwa Moore. Mieszka z nimi do końca wakacji. Może nawet zostanie na rok szkolny.
Nie odpowiedział, a Holly westchnęła.
- Dobrze, jak tam sobie chcesz. Nie będę się wysilać. Jak grochem o ścianę – wzniosła oczy do nieba, zasunęła szybę i odjechała.
- Przyjemniaczek – rzuciła Kayla. Holly roześmiała się.
- Jestem pewna, że gdyby wiedział, że nie zamierzam się niego śmiać, ani nic takiego to byłby bardziej rozmowny. Ale, niestety, jest uparty jak osioł. Jemu nie wytłumaczysz, że masz pokojowe zamiary.
Przez resztę drogi rozmawiały na każdy inny temat, jednak pominęły całkowicie Stana. Do domu wróciły dopiero na obiad (obie stwierdziły, że skoro są w jednej z największych wsi, to mogą skorzystać z okazji i wybrać się do kilku sklepów), na którym gościli państwo Marshall.
- Dzięki za pomoc – rzuciła Holly, gdy Kayla wysiadała z samochodu zaparkowanego niedaleko ciemnego kombi.
- Nie wejdziesz?
- Nie. Nie będę przeszkadzać.
- Ale babcia i dziadek bardzo chcieli, żebyś została na obiedzie. Państwo Marshall na pewno też – zaprotestowała. Holly zmarszczyła brwi.
- Podziękuj ode mnie swoim dziadkom. Pani Moore z pewnością nie chciała, żebym była sama, więc mnie zaprosiła, ale naprawdę dam sobie radę. Przekaż jej to, okej?
- W porządku – odpowiedziała Kayla. – Ale może jednak wejdziesz?
Ale Holly w odpowiedzi tylko pokręciła głową. Gdy dziewczyna odsunęła się od terenówki, wcisnęła pedał gazu i skierowała samochód w stronę miasteczka.
Kayla skierowała się w stronę domu, zastanawiając, co mogła mieć na myśli młoda pani weterynarz, jak czasem nazywali ją mieszkańcy wsi. Jednak jej myśli popłynęły w innym kierunku, gdy weszła do kuchni. Jak się okazało, w obiedzie uczestniczył również najstarszy syn państwa Marshallów, Daniel, będący również właścicielem schroniska dla bezdomnych zwierząt błąkających się po kilku sąsiednich wsiach.
Daniel Marshall był pod kilkoma względami zupełnym przeciwieństwem swojego ciemnowłosego i ciemnookiego brata. Obaj byli nieziemsko przystojni (co podkreślała doskonała opalenizna), ale Mark wyglądał bardziej chłopięco, co dopiero teraz można było zauważyć. Jego starszy brat był średniego wzrostu, miał jasne włosy i ciemnoniebieskie oczy, a szerokie ramiona przykrywał hawajską koszulą rozpiętą do połowy. Jednak w jego postawie, rysach twarzy i dłoniach Kayla dostrzegła znaczne podobieństwo do pana Marshalla, co świadczyło, że był ich biologicznym synem.
Po krótkim przedstawieniu, Kayla przysiadła do stołu, bombardowana pytaniami, głównie dotyczącymi tego, jak jej się tutaj podoba.
- Gdzie Holly? Myślałam, że przyjdzie – wtrąciła pani Marshall. Kayla spojrzała na nią znad zupy ogórkowej (za którą niespecjalnie przepadała, jednak uwielbiała kuchnię babci).
- Nie chciała. Zbyła mnie czymś w rodzaju „podziękuj babci, ale dam sobie radę sama”… W zasadzie to nie wiedziałam, że ona umie gotować, ale skoro twierdziła, że jej się to uda…
- Niestety – westchnęła babcia. – Ona zawsze tak twierdzi, bo nie chce robić kłopotu. Ale podejrzewam też, że bardzo chce komuś udowodnić, jak dużo jest warta. Przecież to wspaniała kobieta…
Pani Marshall ze smutkiem pokiwała głową. Była ona drobną kobietą o pulchnej twarzy, ale szczupłym ciele z rzadkimi blond włosami i niebieskimi oczami.
- Ma trochę za niską samoocenę, ale na siłę próbuje wszystkim wmówić, że tak nie jest. A jednak w życiu nie widziałam, by ktoś lepiej znał się na zwierzętach. Jest naprawdę piękna, mądra i dowcipna, choć chyba nie każdy to rozumie… - W jej głosie dało się wyczuć nutę złości i politowania.
Przy stole rozległo się chrząknięcie.
- Bardzo dziękuję za smaczny posiłek – powiedział Daniel, kierując słowa do babci i dziadka – a także za gościnę, ale na mnie już czas. Miło było cię poznać, Kayla.
Nim zdążyła odpowiedzieć, on wstał i ruszył do drzwi.
- Nie zostaniesz dłużej, synku? – zapytała jego matka tonem niewiniątka. - Wracasz do schroniska?
- Jadę do Londynu – odparł. – Umówiłem się z Hannah. No wiesz, moją dziewczyną. – Dwa ostatnie słowa wypowiedział nieco głośniej, jakby chciał zwrócić na nie ich uwagę.
- Skoro tak twierdzisz – mruknęła ze smutkiem kobieta. – Przyjedź, jak będziesz miał czas.
- Oczywiście – odparł krótko. Przy drzwiach odwrócił się i rzucił na odchodnym: - Hannah chciałaby was poznać. Następnym razem przyjedzie razem ze mną.
Większość obiadu upłynęła w milczeniu, choć dziadek i babcia usilnie starali się zachować wesołą pogawędkę. Kayla miała jednak wrażenie, że wszyscy coś przed nią ukrywają albo raczej nie nazywają ów rzeczy po imieniu.
- Naprawdę nie rozumiem, dlaczego Daniel tak nagle musiał jechać - westchnęła w końcu pani Marshall, gdy siedzieli przy deserze i kawie.
- Gdybyś w końcu przestała go nękać, to zostałby na dłużej – wtrącił jej mąż. – Przecież ty nie dajesz mu nawet szansy pochwalenia się tą dziewczyną. Ciągle próbujesz go tylko swatać, a on daje sobie świetnie radę.
- No, nie wiem – westchnęła jego żona. – Mnie się wydaje, że te kobiety z Londynu wszystkie są takie same… Przecież gdzie by nie spojrzeć, ciągle tylko te kluby ze striptizem…
- Mamo! – zawołali jednocześnie Kinga i Mark, a Kayla z trudem zachowała spokój. Czyli jej matka była niby tego samego pokroju, co te tancerki?
- Och… Przepraszam, Kayla, nie to miałam na myśli.
- Ale to pani powiedziała – odparła dziewczyna, nim zdążyła się powstrzymać. – Nie wszystkie kobiety są takie same. Niektóre, choć pewnie uważa pani, że jest ich niewiele, gardzą tymi, które dają się za pieniądze. Dlatego takich ofert pracy jest mnóstwo. Bo brak pracowników.
- Hmm… tak, naturalnie masz rację… - Kobieta próbowała się wycofać, a Kayla wzięła głęboki oddech i postanowiła, że nie będzie się kłócić.
- Ale nie ma sensu ciągnąc tego tematu, bo nie jest wart tego, by omawiać go przy niedzielnym obiedzie – powiedziała, zmuszając się do normalnego tonu. Kinga i Mark spoglądali na nią niemal z minami winowajców, jednak ona usilnie próbowała to zignorować.
Przy stole na moment zapanowała cisza – każdy był wpatrzony w swój talerz, czekając aż ktoś wreszcie przerwie milczenie i napiętą atmosferę.
- No… to może wyjdziemy na ganek – zaproponował dziadek. – Taka ładna pogoda, idealna, by posiedzieć na świeżym powietrzu i napić się czegoś mocniejszego…
Wszyscy z ulgą przystali na ten pomysł i zaczęli się zbierać. Kayla razem z dziećmi Marshallów wspięła się po schodach do swojego pokoiku na poddaszu.
- Przepraszam, Kayla – szepnęła Kinga ściskając ją mocno. – Mama czasem nie myśli, że może kogoś urazić…
- Nic się nie stało – uśmiechnęła się Kayla. – Dajcie spokój. Pogadajmy o czymś innym. To o co chodziło z Holly?
- Mama namówiła twoją babcię do spisku przeciwko Danielowi – rzekł Mark. – Uważają, że dziewczyny, z którymi spotyka się mój brat są jego niegodne, więc od kilku tygodni próbują swatać go z Holly, głownie dlatego, że mają podobne zainteresowania. No, wiesz, ona jest weterynarzem, a on właścicielem schroniska dla bezdomnych zwierząt, których nikt nie chce.
- Ale – wtrąciła Kinga, rozsiadając się wygodnie na łóżku Kayli i gapiąc na nią – rodzice nie wiedzą, że oni się kiedyś bardzo pokłócili. Wyobraź sobie, że Daniel kiedyś wynajmował Holly, jako, można powiedzieć, prywatnego weterynarza. Postawił tylko jeden warunek: będą się ze sobą konsultować odnośnie każdego zwierzęcia, no i ostateczna decyzja przypadnie jemu, jako zleceniodawcy. Holly niechętnie na to przystała, ale tylko z powodu pieniędzy, ponieważ wtedy akurat jej się nie przelewało.
- Pokłócili się o psa Spykie’ego – wtrącił Mark, opierając się o ścianę. – Rasa: owczarek niemiecki. Został znaleziony na ulicy cały we krwi i bez jednej łapy. Daniel, od razu zadecydował, bez rozmowy z Holly, że lepiej będzie go uśpić. Gdy zobaczył psa zrobił minę typu „to jest ohydne” i bezzwłocznie kazał go uśpić.
- Holly się nie zgodziła – rzuciła Kinga, lecz gdy otworzyła usta, by mówić dalej, Mark jej przerwał.
- Doszło do kłótni, podczas której oboje rozbili część gabinetu Dana i nie doszli do porozumienia. On twierdził, że oszczędzi mu cierpienia, a ona, że jak ludzie są ciężko ranni to się ich ratuje, a nie zabija. Zrezygnowała ze współpracy i kupiła za grosze tego psa, a potem przez kilka tygodni leczyła go u siebie w domu. W tej chwili Spykie jest jej domowym kundelkiem, jak go czasem nazywa, i ma się całkiem dobrze.
- Tak, czy inaczej, są teraz skłóceni i za każdym razem, gdy Daniel jest tutaj, omijają się szerokim łukiem. Nie ma mowy, żeby się w sobie zakochali, bo nasz kochany braciszek wciąż ma jej za złe, że rozbiła jego ulubiony kubek.
Kinga zrobiła głupią minę i uśmiechnęła się, a Kayla próbowała przetrawić nowe wiadomości. Jakoś sobie nie wyobrażała Holly rozbijającej kubki – prędzej przepraszającą za przypadkowe strącenie naczynia.
Wieczór upłynął w całkiem przyjemnej atmosferze – rozmawiali wesoło, nie poruszając już tematu Holly i Daniela. Nie roztrząsali również sprawy Michaelle, ponieważ zgodnie uznali, że to nie ma sensu. W końcu jak można być tak głupim i bezmyślnie narażać siebie i innych na niebezpieczeństwo?

* * *

Wakacje mijały w zawrotnym tempie: nim Kayla się obejrzała zbliżała się połowa lipca. Już od ponad połowy miesiąca mieszka w tym małym miasteczku z dziadkami i praktycznie od razu zdobyła przyjaciół – ludzie byli tutaj niezwykle życzliwi i sympatyczni.
Praca w gospodarstwie dziadków również była przyjemna. Kayla, razem  z Holly pomagały jak tylko mogły – oporządzały i karmiły konie, sprzątały stajnie. Prócz pięciu koni nie było tam innych zwierząt, jednak te i tak zajmowały większość czasu nastolatki.
Trochę ją dziwiło to przywiązanie do zwierząt – prócz chomika, nie miała żadnego, jednak ten zdechł kilka lat temu. Nigdy też nie widziała z bliska konia, a teraz nie wyobrażała sobie bez nich życia. Gdy rozmawiała o tym z babcią, ta powiedziała, że jej ojciec również kochał konie. Odzwyczaił się od nich, gdy ożenił się z Andreą, która nie potrafiła się nimi opiekować. Z miłości zgodził się stąd wyjechać, a w Londynie urodziła się ich jedyna córeczka. Oczywiście, często zdarzało się, że przyjeżdżali na wakacje na wieś, jednak wtedy nie było tu koni. Te osiedliły się u dziadków trzy lata temu i mieszkało im się tutaj nadzwyczaj dobrze.
Zauważyła również, że odkąd się tutaj zjawiła, wciąż miała coś do roboty, więc nie mogła usiąść i rozmyślać o matce. Tęskniła za nią, jednak mieszkając z dala od wspomnień i starego życia, a w pobliżu ukojenia, jakie daje praca z końmi, czuła się coraz lepiej.
Niepokojąco szybko jednak zbliżał się termin ślubu Johna i Michaelle. Państwo Moore zostali oczywiście na niego zaproszeni, a ze względu na Johna zgodzili się przyjść.  Kayla siedziała przed lusterkiem, kończąc upinać swój kok, gdy babcia zawołała z dołu:
- Kayla, kochanie, pośpiesz się, musimy już wychodzić!
Dziewczyna zerknęła na zegarek. Miały jeszcze prawie pół godziny do rozpoczęcia ceremonii, jednak dla babci spóźnienie było najgorszą oznaką braku szacunku, nie wspominając nawet o tym, że miejscowe staruszki znajdą sobie temat do plotek na przyszły tydzień, gdyby przybyli za późno. Kayla zeszła na dół na tyle szybko na ile pozwalały jej buty na w miarę niskim ale również dość niewygodnym obcasie. Gdy pojawiła się w kuchni, dziadek aż gwizdnął na jej widok.
- No, no. Nasza wnuczka dorasta, patrz jak się zmieniła z dnia na dzień, Alice.
Kayla zarumieniła się, niemniej dziadek miał rację; miała na sobie kremową sukienkę do kolan, odsłaniającą jej plecy i szczupłe ramiona. Delikatny materiał nadawał jej smukły wygląd, jednocześnie wcale jej nie postarzając.
- Idziemy? – zapytała, gdy dostrzegła, że babcia ze wzruszenia zaraz się rozpłacze.
- Tak, oczywiście… chodźmy, kochani.
Opuścili dom w chwili, gdy pod bramę zajechała dobrze im znana terenówka. Jednakże dziś Kayli się nie spodobała, jako że brakowało jej zwyczajnych plam po błocie, a karoseria pobłyskiwała. Była sztuczna, nieprawdziwa. Tak samo jak sztuczny i nieprawdziwy był uśmiech właścicielki samochodu. Holly miała na sobie jasne jeansy i ładną bluzkę na ramiączkach. Sprawiała wrażenie nieszczęśliwej jakby jechała na pogrzeb.
- Gotowi? – zapytała dzielnie uśmiechnięta Holly. Alice przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby chciała ją uściskać, jednak po chwili się rozmyśliła.
- Gotowi, gotowi – odparł dziadek Theodor, gestem zapraszając kobiety do samochodu Holly.
- Holly, ty nie zostaniesz? – zapytała Kayla, która kilka dni temu osobiście pomagała jej wybrać sukienkę na tę okazję.
- Niestety. Przeproście ode mnie Johna, ale w sąsiedniej wsi niedługo ma zacząć rodzić krowa Evansów. Zawiozę was tylko i natychmiast tam jadę.
- Myślałam, że nie masz nic zaplanowane – rzuciła Alice.
- Też tak myślałam. Zdążyłam umyć samochód rano, gdy zadzwoniła do mnie pani Evans, błagając, żebym jak najszybciej przyjechała. Uspokoiłam ją i powiedziałam, że przyjadę ja tylko was zawiozę.
- Ale poród… - powiedziała Kayla.
- Może trwać godzinami zanim zacznę być potrzebna. Zresztą krowa sobie sama poradzi, ja jestem tam na wszelki wypadek, gdyby jednak trzeba było wyciągnąć cielaka.
- O rany… mogę jechać z tobą? – Kayla aż się rwała, jednak babcia stanowczo jej zabroniła.
- Kayla, nie możesz. Musisz być na ślubie, głównie dlatego, że John i Michaelle płacili za każdą osobę z góry. Holly ma ważną sprawę do załatwienia, ale ty tam nie jesteś potrzebna.
- Ale…
- Twoja babcia ma rację, Kayla. – Holly zagroziła jej palcem. – Nie możesz ze mną jechać. Nie martw się, jak tylko będzie kolejna taka okazja zabiorę cię bez słowa sprzeciwu, oczywiście pod warunkiem, że państwo Moore nie będą mieli nic przeciwko temu.
Kayla siadła naburmuszona z tyłu. Wcale nie chciała jechać na ten ślub, a już na pewno nie chciała oglądać dumnej jak paw Michaelle. Ale czy miała jakiś wybór?
Gdy zajechali na miejsce, dziadkowie odeszli na chwilę, by przywitać się z państwem Brown, rodzicami panny młodej, zostawiając wnuczkę na chwilę przy parkingu. Holly skinęła głową gospodarzom wesela i zerknęła na Kaylę.
- Będę się już zbierać – powiedziała. – Myślę, że musisz zostać tutaj przynajmniej kilka godzin na weselu. Obiecuję, że jeśli po pierwszym tańcu pary młodej sytuacja z krową się nie zmieni i będę mogła ją na chwilę zostawić, przyjadę po ciebie. Ale bez gwarancji.
- Jasne – Kayla uśmiechnęła się słabo, wiedząc, że to i tak nieprawda.
- Do zobaczenia. Nie zanudź się tutaj. - Pani weterynarz puściła jej oko i wsiadła do samochodu. Gdy odjechała, Kayla usłyszała wołanie. Nie musiała się nawet odwracać, by wiedzieć, że to Kinga i Mark biegną ku niej. Od razu polepszył jej się humor. Machnęła do dziadków, że idzie razem z przyjaciółmi i we trójkę skierowali się nad pobliską rzeczkę, póki jeszcze był ku temu czas.
- Nie mam ochoty tutaj siedzieć – odezwała się nagle Kayla. – Holly pojechała na poród cielątka, a my musimy siedzieć tutaj i przyglądać się, jak John popełnia największy w życiu błąd. Nie, dzięki, ale to nie dla mnie.
Kinga wymieniła spojrzenia z bratem.
- Nie zostaniesz nawet na ślubie? – zapytała. Kayla pokręciła głową. – Ale…
- A ja tam się zgadzam. Wolę pojechać i przyglądać się pracy Holly niż płaczliwym matkom pary młodej – rzucił Mark. – Jeśli się pośpieszymy, to zdążymy na autobus do najbliższej wsi za jakieś dziesięć minut.
- Skąd to wiesz? – zdziwiła się Kayla.
- Bo jeżdżę nim do Londynu.
Nie tracili czasu na dalszą rozmowę. Mark poprowadził ich w stronę szosy za drzewami, by nikt ich nie zauważył. Wprawdzie zarówno państwo Moore, jak i rodzice Kingi i Marka zauważą ich zniknięcie, jednakże oni w tym czasie już dawno będą u państwa Evansów. Przecież chyba nikt się nie spodziewał, że przez cały czas będą siedzieć ze swoimi opiekunami, prawda? Jednak była jedna osoba, niezaproszona na ślub, która zauważyła, jak się oddalają.
Tak więc po dwudziestu pięciu minutach wysiedli z autobusu w sąsiedniej wsi. Kayla ze zdumieniem stwierdziła, że była ona zupełnie inna niż miejscowość, w której obecnie mieszkała. Była przede wszystkim dużo biedniejsza, domy były drewniane, w większości stare i obdrapane, a szop było dosłownie kilka w całej wsi. Skierowali się w stronę, w którą pojechał autobus i ruszyli pieszo poboczem. Wiedzieli, że rozpoznają budynek, w którym znajdowała się Holly, bo nie było problemu ze znalezieniem domu z zagrodami dla krów, których było tutaj naprawdę niewiele. Nie wspominając o tym, że w pobliżu niego powinna znajdować się terenówka Holly. Szukanie zajęło im niecałe kilka minut. Odnaleźli jedyną w pobliżu taką zagrodę. Brama na teren posesji była otwarta, ponadto przed budynkiem stał poszukiwany przez nich samochód.
Weszli na środek, bacznie obserwowani przez sąsiadów państwa Evans. W końcu trójka nastolatków ubrana jak na ślub nie musi się bardzo starać, żeby zwrócić na siebie uwagę. Przeszli przez podwórko i ruszyli w stronę zagrody, jednak ich uwagę przyciągnęła kłótnia dochodząca z tyłu domu.
- Karl, przecież pani tu przyjechała pomóc! – rozpaczliwy kobiecy głos próbował najwyraźniej kogoś powstrzymać. Jego właścicielka była najwyraźniej na skraju paniki. – Nie wziąłeś dzisiaj leków, kochanie? Proszę, wróćmy do domu, zrobię ci obiad… AAAAACH!!!
Kayla, Kinga i Mark wymienili przerażone spojrzenia i pobiegli w tamtą stronę. To, co zobaczyli sprawiło, że nogi się pod nimi ugięły. Starsza kobieta klęczała pod ścianą domu zalana łzami, osłaniając się przed okładającym ją pięściami mężczyzną. Z kolei obok leżała wsparta o starego malucha Holly, czerwona na twarzy, z trudem łapiąca oddech i przyciskająca dłoń do szyi. Zapewne mężczyzna  w ślepej furii omal jej nie udusił. Oczy Holly powiększyły się i wypełniły przerażeniem, gdy zobaczyła Kaylę i resztę. Mężczyzna w tym czasie skończył okładać pięściami ledwie przytomną kobietę, którą musiała być pani Evans i zerknął na nowo przybyłych. W jego oczach błyszczało szaleństwo i chęć mordu. Trójka nastolatków  sparaliżowana ze strachu mogła tylko obserwować, jak mężczyzna sięga po najbliżej leżący łom i powoli kieruje się w ich stronę…
ŁUP! W tył pleców uderzył go kamień. Nie był on na tyle duży, by wyrządzić mu krzywdę, ale spokojnie zrobił mu dużego siniaka. To Holly ledwie stojąca na nogach trzymała w dłoni kolejny kamień, gotowa się zamachnąć, by dać im czas na ucieczkę. Mężczyzna tym razem jednak rzucił się od razu na ich wybawicielkę. Holly zdołała tylko cofnąć się o krok i oprzeć o stary samochód. Osunęła się lekko, wciąż jeszcze będąc w szoku – nie mogła się obronić, a jednak zaatakowała by ich uratować. Kayla krzyknęła przerażona i rzuciła się na pomoc, jednak Mark i Kinga w ostatniej chwili ją powstrzymali.
Napastnik był już przy Holly, zamachnął się łomem, górował nad pochyloną i bezbronną kobietą, która – mimo wszystko – patrzyła mu prosto w oczy. Nastąpił zamach, straszliwy cios był już blisko, gdy nagle pojawiła się kolejna postać. Stan Collins pojawił się praktycznie znikąd, łapiąc mocno potężnego mężczyznę, gotowego zabić Holly i odciągnął go jak najdalej. Podczas gdy obaj polecieli na ścianę domostwa, Kinga i Marek dobiegli do zakrwawionej pani Evans, a Kayla doskoczyła do Holly. Ta objęła ją ramieniem i przyciągnęła do siebie, jednocześnie przyglądając się z przerażeniem jak Stan próbuje obezwładnić jej niedoszłego mordercę. Walcząc w miażdżącym uścisku Stan próbował pozbawić przeciwnika broni, z całej siły uderzając raz po raz jego ręką w cegły. Bandyta w końcu dał za wygraną i puścił łom, jednak nie oznaczało to końca walki, obaj zaczęli teraz okładać się pięściami. Ku ich przerażeniu, Stan przegrywał. Kayla nie była w stanie wytrzymać bezsilności, ale wiedziała też, że nie jest w stanie nic zrobić, zważywszy, że Holly mocno ją obejmowała, jakby się obawiała, że ta puści się biegiem na pomoc mężczyźnie. Jednak okazało się, że nie było to konieczne, bowiem Mark, znajdujący się znacznie bliżej walczących dostrzegł okazję i złapał łom, który wcześniej upuścił ich napastnik. Podbiegł bliżej, zamachnął się i z całej siły uderzył go prosto w głowę. Mężczyzna zwalił się bezwładnie na Stana, który puścił go i wziął głęboki oddech, ocierając krew z nosa. Rozejrzał się, nie do końca świadom zaistniałej sytuacji, gdy jego wzrok spoczął na Holly i Kaylii, wciąż siedzące na ziemi i wtulone w siebie. Podszedł tam chwiejnym krokiem i zwrócił się do pani weterynarz:
- Wszystko w porządku? Jesteś cała?
Holly wstała i, choć wciąż jeszcze nie doszła do siebie, zarzuciła mu ręce na szyję. Objął ją mocno, wtulając twarz w gęste jasne loki. Kayla wstała, blada i ruszyła do Marka i Kingi, którzy pomagali ponieść się pani Evans. Jak się okazało, miała złamany nos, rozciętą wargę i parę siniaków, jednak nie była poważnie ranna.
- Mój mąż… - łkała, próbując wytłumaczyć ten atak. – On od dawna choruje… on nie wiedział co robi… to nie w jego stylu… był wypadek i…
- Już dobrze – powiedziała cicho Holly, która podeszła do nich, wsparta na ramieniu Stana. – Niech się pani nie martwi. Już nigdy nikogo nie skrzywdzi.
- Ale… ja… Stan! Stan, proszę cię, zrób coś, błagam…! Ja…
- Nic – przerwał jej ostro Stan. – Ty nic już nie zrobisz, zrobiłaś wystarczająco dużo poprzednim razem. Nie wiem, jak mogłem się na to w ogóle namówić…
- Namówić na co? – zapytała cicho Kayla nim zdążyła się ugryźć w język. Stan i Holly jakby dopiero teraz zdali sobie sprawę, że jest tu jeszcze trójka nastolatków.
- Co wy sobie myśleliście?! – zawołała Holly. Kayla, Kinga i Mark wymienili pełne poczucia winy spojrzenia, jednak to nie pomogło. – Mogliście zginąć! Kto wam pozwolił tutaj przyjechać i… Jak…?!
Oburzenie i strach najwyraźniej odebrały jej mowę, jednak Stan nie zamierzał odpuścić.
- Co wam przyszło do głowy, żeby samym jechać do sąsiedniej wsi?! Jak myślicie, przez co teraz przechodzą wasi rodzice i dziadkowie?! Nagle zniknęliście, wpakowaliście się w sam środek bijatyki…
- Przepraszamy… - powiedziała cicho ugodowa i bezkompromisowa Kinga, jednak Kayla nie zamierzała okazywać skruchy.
- To co się stało to nie nasza wina! – zawołała. – Gdybyśmy nie przyjechali on mógł wszystkich pozabijać i…
- DOŚĆ!
Wszyscy umilkli i spojrzeli w stronę, z której dotarł głos.
- JAK ŚMIESZ MÓWIĆ TAK O KARLU, TY… TY… - Pani Evans była wręcz sina ze złości. – On jest chory… - szepnęła nieco spokojniej. – On nie wiedział, że może komuś zrobić krzywdę… nie chciał…
- Co tu się dzieje?! – jej kulawe tłumaczenia przerwał głos Alice Moore. Stała w kostiumie kupionym specjalnie na ślub pośrodku podwórka, spoglądając na każdego z mieszaniną strachu, złości i niedowierzania. Za nią z samochodu państwa Marshallów wysiadali rodzice Kingi i Marka oraz dziadek Kaylii.
- Co to wszystko ma znaczyć? – zapytała niemal z płaczem pani Marshall. – Dlaczego uciekliście? Co się tu wydarzyło?
- Mamo… to… - Kinga próbowała przejąć inicjatywę, ale nie wiedziała co ma jej powiedzieć. Że chory psychicznie mężczyzna omal ich nie zabił? Że były więzień, oskarżony o morderstwo, uratował im życie?
Wszyscy zastanawiali się, jak to wyjaśnić, gdy nagle odezwał się Stan.
- Dobrze – westchnął. – Chyba już wystarczy kłamstw i tajemnic. Czas, żeby ta historia ujrzała światło dzienne.
- Nie… chyba nie mówisz poważnie… synku! – załkała pani Evans.
- Co takiego? – zapytała Holly, która dopiero teraz zdała sobie sprawę, że wciąż obejmuje Stana. Puściła go natychmiast, patrząc mu w oczy i próbując wyszukać oznak kłamstwa. Nie znalazła ich.
- Tak – odrzekł. – To jest moja matka. A ten mężczyzna… on jest moim ojcem – spojrzał w oczy Holly. – Naprawdę nazywam się Stan Evans. Zmieniłem nazwisko po wyjściu z więzienia i wprowadziłem się do sąsiedniej wsi, by nikomu nie przyszło do głowy, że mogę być tym Stanem, który zamordował własnych dziadków.
- Stanley… błagam cię… nie możesz! – Pani Evans złapała go za przód koszulki i potrząsnęła nią. Stan wziął głęboki oddech i ciągnął:
- Wszystko zaczęło się kilka lat przed śmiercią moich dziadków, o którą zostałem oskarżony i zesłany do więzienia. Mój ojciec, Karl Evans, niegdyś najzwyklejszy rolnik, wracał późnym wieczorem z pola do domu. Było ciemno, on szedł po niewłaściwej ulicy… Pijany kierowca chyba za bardzo wierzył w swoje umiejętności i przyśpieszył. Nie zauważył go. Ojca z trudem uratowali, jednakże był tak mocno poturbowany, że wypadek pozostawił trwały ślad w jego mózgu. W jaki sposób to się stało? Lekarze nie znają odpowiedzi na to pytanie do dziś. Na co dzień był taki sam jak wcześniej, jednak czasem… Czasem stawał się potworem…
- Nie! Nie możesz, nie masz prawa! – Stan odepchnął od siebie swoją matkę i mówił dalej, tym razem głośniej, by usłyszeli go mimo jej szlochu.
- W wyniku wypadku stał się bardziej agresywny, miewał napady złości, jednak psychiatrzy byli jednego zdania: dajcie mu tabletki i pójdzie spać. Pewnego feralnego dnia, kilka lat później, nie wziął tabletek. Moi dziadkowie byli wtedy w domu, przyjechali na ferie bożonarodzeniowe by się z nami zobaczyć… Wywiązała się kłótnia. Ojciec miał w domu wiatrówkę, lubił chodzić na polowania… Pogotowie nie przyjechało na czas. Matka była załamana. Błagała mnie o pomoc, a ja nie mogłem na to patrzeć. Obiecała, że będzie go pilnować, że to już nigdy się nie powtórzy… a ja się zgodziłem. Przed przyjazdem pogotowia udało mi się wyczyścić broń i zostawić na niej moje odciski palców. Z matką uzgodniliśmy wersję. Ojciec miał atak, machał wiatrówką. Próbowałem wyrwać mu ją z ręki, gdy się to udało, chwyciłem ją nieumiejętnie i padł strzał. Nasze zeznania się zgadzały, bo potwierdziliśmy, że babcia została pierwsza postrzelona. Dziadek zaczął krzyczeć i się odgrażać, ojciec tak samo, a ja… ja rzekomo byłem w szoku i strzeliłem po raz drugi. Matka z trudem mnie uspokoiła i wyciągnęła z ręki wiatrówkę… Ojciec przeżył tragedię, był chory, nic dziwnego, że dostał ataku podczas przyjazdu pogotowia, jednak dalej nikomu nic się nie stało. Policja aresztowała mnie, a sąd skrócił mój wyrok do 10 lat pozbawienia wolności za nieumyślne pozbawienie życia własnych dziadków. Tak naprawdę nie było mnie wtedy w domu, byłem w zagrodzie. Usłyszałem strzały i pobiegłem do domu. Ojciec szalał, a matka łkała przy ich ciałach… Błagała mnie, prosiła…
Stan urwał opowieść i ukrył twarz w dłoniach. Na podwórzu panowała niezręczna cisza. Nawet pani Evans umilkła, tylko w oddali słychać było syreny policyjne – całe to zamieszanie musiało zwrócić uwagę sąsiadów i któryś z nich zadzwonił na komendę.
- Ale… - odezwał się nagle dziadek Theodor. – Ale co się stało tutaj? Teraz, przed chwilą?!
- Ja… ja wiem co się stało! – zawołała przerażona swą śmiałością pani Marshall. – On… On chciał pozabijać nasze dzieci… przybyliśmy w ostatniej chwili! – wskazywała drżącym palcem na Stana.
- Nie! – zawołał ochrypłym głosem. – Nie, nie pozwolę! Nie dam się znowu zamknąć za niewinność!
- Mamo, to nie tak! – krzyknął Mark. – Gdyby nie Stan wszyscy byśmy już nie żyli. On nas uratował!
Jego rodzice przez chwilę przyglądali mu się w milczeniu, jednak w końcu dali spokój. Zawsze byli po stronie Stana i ciężko było im uwierzyć, że jednak byłby wstanie zrobić komuś krzywdę. On jednak dostrzegł policję wjeżdżającą na podwórko rodziców.
- Nie… - wyszeptał, blady. – Ja nie… to nie ja!
- Stan… - szepnęła Holly. Zaczął się wyrywać, jednak ona nie dała za wygraną i przytuliła się do niego mocno. – Stan, my ci wierzymy. Wszystko będzie dobrze. Nie pójdziesz do więzienia. Nie pozwolę na to.
Kayla przyglądała im się, czując, jak babcia tuli ją wciąż do siebie i gładzi jej włosy. Nagle jednak, przyszło jej do głowy, że przecież cała ta sytuacja od czegoś się zaczęła.
- A… co z cielątkiem?




 EPILOG
Problem cielątka rozwiązał się w przeciągu kilku kolejnych godzin, podczas których wszyscy zebrani oraz kilku policjantów kibicowało młodej krowie przy rodzeniu swojego potomka. Gdy pojawiły się przednie kopytka i główka, Holly pomogła wyciągnąć cielaczka, a następnie starannie zaopiekowała się zarówno nim jak i jego matką. Na swoje szczęście oboje przeczekali cały kryzys, który miał miejsce zaledwie kilka metrów dalej.
Gdy zjawiła się policja, zabrali ojca Stana zakutego w kajdanki, którego następnie przetransportowali do szpitala psychiatrycznego, gdzie sąd orzekł, że sędzi resztę swojego życia.
John i Michaelle pobrali się, nieświadomi dramatu, który miał miejsce podczas najważniejszego dnia w ich życiu, a z relacji gości weselnych wynika, że Michaelle przy wszystkich pokłóciła się ze swym ojcem i wyrzuciła go własnego wesela, jednocześnie odrzucając wszystkie pieniądze. Następnie z płaczem wyjaśniła, że wcześniej naprawdę chodziło jej o pieniądze, jednakże gdy poznała Johna bliżej, zakochała się i wyszła za niego z miłości a nie dla dóbr materialnych rodziców. John, który z początku był zszokowany, po chwili odzyskał mowę i obiecał, że teraz nie ma to żadnego znaczenia i kocha swoją żonę mimo wszystko.
Wyjaśniła się również sprawa między Michaelle i Holly. Obydwie porozmawiały ze sobą szczerze i chyba doszły do porozumienia. Choć najlepszymi przyjaciółkami nigdy nie zostaną, Kayla wiedziała, że Holly wybaczyła swojej rywalce wszystko i nawet życzyła jej szczęścia w małżeństwie. Tym bardziej, że sama to szczęście odnalazła u boku Stana, który choć okazało się, że był niewinny, nie zostało to publicznie oznajmione przez organy ścigania, ponieważ – jakby na to nie patrzeć – składał fałszywe zeznania. Jako że robił to by chronić ojca, nie został za to w żaden sposób ukarany.
Natomiast jeśli chodzi o naszą główną bohaterkę – sąd przyznał całkowitą opiekę nad nią jej dziadkom, choć po zaistniałej sytuacji zrobił to niechętnie. Sędzia, widząc jednak radość dziewczyny, wyzbył się wszelkich wątpliwości.
I tak oto zleciały dwa miesiące wakacji rozpoczęte od jednej tragedii, skończone niedoszłą drugą tragedią. Mimo to Kayla była szczęśliwa, zwłaszcza, że poznała nowych wspaniałych ludzi, utrzymywała kontakt ze znajomymi z Londynu, zdobyła również jednego z najdzielniejszych chłopaków z miasteczka, który wbrew zdrowemu rozsądkowi przywalił jednemu mężczyźnie łomem w głowę. Później to wydarzenie wszyscy wspominali ze śmiechem.
- Wiesz co? – zagadnął ją Mark, gdy siedzieli na swojej ulubionej ławce w malutkim i pustym parku.
- Co takiego? – zapytała, wtulona w jego ramię. Pochylił się i szepnął jej do ucha dwa słowa. Słowa, które od dawna chciała usłyszeć, słowa, których my możemy się jedynie domyślać, ale odnoszę wrażenie, że co do ich znaczenia wszyscy jesteśmy zgodni.

            Drogi Pamiętniku,
piszę do ciebie, ponieważ moje życie ułożyło się na nowo. Jestem znów szczęśliwa i cieszę się każdym nadchodzącym dniem.
            Przestałam jednak czytać. Do tej pory wszelkie powieści dotyczyły bohaterów z innej planety, którzy stawiali dzielnie czoło swoim przygodom. Zawsze myślałam, że są one jedynie możliwe na kartkach powieści, ewentualnie w scenariuszu filmowym, a nie w prawdziwym życiu. Tymczasem coś nieprawdopodobnego przydarzyło się mnie! Tak, też długo nie mogłam w to uwierzyć, jednak teraz wiem, że swoje obecne życie i szczęście zawdzięczam kilku osobom.
            Gdyby nie moi dziadkowie, mieszkańcy miasteczka, ale przede wszystkim moi przyjaciele pewnie wciąż nie pozbierałabym się po śmierci najbliższej osoby. Teraz wiem, że to ona zesłała mi tych cudownych ludzi, dzięki którym poznałam smak niecodziennych przygód oraz dzięki którym przetrwałam je jedynie z kilkoma siniakami, które „do wesela się zagoją”. Moja mama jest moim osobistym aniołem stróżem. Kto wie? Może tata również jej trochę pomógł?
PS. Mam nadzieję, że te sińce faktycznie szybko się zagoją, bo już niedługo przyjdzie nam się również bawić na kolejnym weselu pewnej pani weterynarz, która śmiertelnie by się obraziła, gdyby mnie na nim nie było. Jakże miałabym pójść z tymi siniakami?!
Twoja wierna przyjaciółka
Kayla     

 


Głosuj (0)

littlelie 15:42:45 12/09/2015 [Powrót] Komentuj









.:Strona Główna:.

==>Wróć