Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
1.1 Anioł

1.1 Anioł

PROLOG
Naszą krótką opowieść zaczynamy, gdy ciepłe słońce upalnego, jak na Wielką Brytanię, lipca ogrzewa niezadaszony peron na stacji kolejowej w Londynie.
Tak piękna pogoda zazwyczaj sprawiała, że Kayla chciała żyć. Uwielbiała złote słońce ogrzewające jej twarz,  bujną roślinność, barwiącą wszystko naokoło na zielono.
Dziś jednak nie odczuwała tej radości. Była po prostu samotna w tym pociągu, który wiózł ją z daleka od wspomnień, domu, bliskich… Bliskich, których już w zasadzie nie miała.
Gdy miała pięć lat, jej ojciec zmarł w wypadku lotniczym – samolot pasażerski, który pilotował, rozbił się o skały przybrzeżne Wielkiej Brytanii. Jej matka nigdy ponownie nie wyszła za mąż, przestała utrzymywać kontakt z rodzicami Kevina. A teraz sama nie żyła.

Powietrze było przesiąknięte wilgocią. Nawet to w samochodzie. Na zewnątrz, jedyne co widziała, to gęsta mgła. Andrea była blada, oczy miała lekko zamglone – po raz kolejny zaklęła pod nosem. W końcu, który kierowca bierze tabletki przeciwbólowe zaraz przed tym, jak ma siąść za kierownicą?
            Tabletki były silne – czuła, że ją usypiają. Potrząsnęła głową, starając się odpędzić sen z powiek. Jeszcze tylko kilkanaście kilometrów. Góra dwadzieścia minut… potem zjedzie z autostrady, znajdzie jakiś parking i się prześpi.
            Minęła kolejny zjazd do jakiegoś przydrożnego motelu „Złota Rybka”. Przed jej oczami stanęło wielkie, wygodne łóżko z czterema kolumnami. Poduszki były takie miękkie, kołdra cieplutka…
            - Nie! Weź się w garść, kobieto! – zawołała do samej siebie, przez co nie zauważyła kolejnego zjazdu na parking. – Przecież nie możesz zasnąć za kierownicą!
            Ze złości na samą siebie przycisnęła pedał gazu. Prędkość samochodu wzrastała stopniowo. Najpierw o pięć kilometrów na godzinę. Potem kolejne pięć… Z każdym przyspieszeniem jej oczy zamykały się coraz częściej. Coraz trudniej było też nad tym zapanować.
            Który pedał to hamulec?
            Ciemność. Zasnęła. Nie obudził jej huk, ani wrzaski pełne bólu. Nie obudziły jej poranne wiadomości, które oglądała jej córka. Wiadomości z tej autostrady.
            Nie obudziło jej poczucie winy. Co najmniej dwadzieścia samochodów do kasacji. Około stu dwudziestu rannych. Osiem ciężko. Dwadzieścia osób nie przeżyło. Ona była dwudziesta.
 
            Kayla wyjrzała przez okno pociągu. Gdyby nie szkoła, już dawno byłaby na miejscu. Sąd łaskawie zgodził się, by przez dwa ostatnie tygodnie roku szkolnego pozostała na utrzymaniu rodziców Ellie, jej najlepszej przyjaciółki. Potem jednak miała wyjechać do jedynych żyjących krewnych – rodziców ojca. Nawet ich nie pamiętała. Ostatnim razem widziała się z nimi, gdy miała jakieś pięć lat.
A dziś, za moment znów ich zobaczy. Nie chciała tam jechać. Wolała zostać z Ellie i jej rodzicami. Nawet z jej wredną starszą siostrą. Z płaczliwym Stevie’m. Jak przez mgłę przypomniała sobie pożegnanie z nimi.
- Obiecaj, że będziesz na siebie uważać – szepnęła pani Grant, tuląc ją mocno do siebie. Peron był zaludniony, pociąg zaraz miał odjechać, ale Kayla żegnała się jak najdłużej tylko mogła. Kto wie, może okaże się, że pociąg odjedzie bez niej? Wiedziała, że to złudna i dziecinna nadzieja, ale nie chciała odjeżdżać od wspomnień, przyjaciół… matki…
- Pisz codziennie – poleciła Ellie, niziutka blondynka. Jej dorosły sobowtór spojrzał na Kaylę z niechęcią i wzruszył ramionami.
            - No, to trzymaj się. Pamiętaj, żeby na plażę zabierać odpowiedni filtr. Napisz, czy warto tam pojechać na wakacje.
            - Monice! – zawołała pani Grant ze złością. Jakby się bała, że stwierdzeniem, iż Kayla zamierza się tam dobrze bawić, jej córka uraziła piętnastolatkę. Pan Grant poklepał dziewczynę po plecach i uśmiechnął się dobrodusznie.
            - Wszystko się ułoży, Kay – powiedział niemal wesołym tonem. Dziewczyna skinęła głową.
            - Dziękuję za… za wszystko.
            - Koniecznie nas odwiedź w przyszłym tygodniu – powiedziała Ellie, po raz enty ją ściskając.
            Twarda gula stanęła w gardle Kayli. Nie chciała się z nimi żegnać. Wolała się przywitać, bo to oznaczałoby, że dopiero się widzą i, że wcale nie wyjeżdża. Niestety, życie nie zawsze układa się tak, jakbyśmy tego chcieli.






ROZDZIAŁ I: Przywitanie
Podróż poprzez pola i lasy wydawała się trwać w nieskończoność, więc gdy pociąg wreszcie zatrzymał się w małej, nadmorskiej miejscowości, zachodził już zmierzch.
Kayla, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach ruszyła peronem, przez ramię przerzuciwszy ciężką torbę podróżną.  Rozglądała się, jednak w nikłym blasku lamp nie zobaczyła zbyt wiele. Peron był opuszczony, a ona sama. Nikt po nią nie wyszedł.
- Przepraszam, panienko. Może w czymś pomóc? – zapytał po jakiś dwudziestu minutach miły konduktor z burzą rudych włosów i wesołym błyskiem w oczach.
- Przyjechałam do dziadków. Nie wyszli po mnie na dworzec.
- Naprawdę? – zdziwił się. – A jak się nazywają twoich dziadkowie?
- Alicia i Theodor Moore.
- Może pomyliły im się godziny? – zamyślił się rudzielec. Kayla popatrzyła mu w oczy. Wiedziała, że matka zawsze źle się o nich wyrażała, zwłaszcza o babci Alicii. Mówiła, że to oni nie chcieli utrzymywać z nią kontaktu po śmierci ojca, więc teraz wydawało jej się bardzo prawdopodobne, że po prostu ją zostawili.
- Raczej zapomnieli, że w ogóle miałam przyjechać.
- Wiesz, co? Chodź do mojej kanciapy. Pewnie jesteś zmęczona po podróży, więc napijesz się ciepłej herbaty. Może znajdą się tam jakieś ciastka?
Kayla nie była zachwycona, że ma spędzić z obcym mężczyzną w jego ciasnej kanciapie nie wiadomo ile czasu. Konduktor musiał dostrzec jej wahanie, bo uśmiechnął się ciepło i powiedział:
- No, tak. Nie pomyślałem, że może ci się to wydać trochę… niezręczne? To, co, może usiądziesz tu na ławce, a ja przyniosę ci herbatę? Rozgrzejesz się, bo noce są tutaj chłodnawe.
Dziewczyna z ulgą pokiwała głową i przysiadła na brudnej ławce, pod jeszcze brudniejszą i obdrapaną ścianą. Spojrzała na rozkład jazdy wiszący niedaleko. Z tego, co przeczytała, wynikało, że przyjechała ostatnim pociągiem tego dnia. Do szóstej rano nie przejedzie tędy nawet jeden towarowy.
Spojrzała na swoje torby. Wyciągnęła z jednej książkę, którą zaczęła niedawno czytać (był to „Harry Potter i Zakon Feniksa” – Kayla nie przepadała za fantastyką, jednak do przeczytania tej serii namówiła ją Ellie, wielka fanka J. K. Rowling). Podciągnęła kolana na ławkę, usadowiła się tuż pod latarnią i zaczęła czytać.
Świat magii, a także okropne wnętrze domu przy Grimmauld Place 12 wciągnęło ją bez reszty, gdy usłyszała nad sobą głos sympatycznego rudzielca:
- Co tam czytasz? – zagadnął, siadając obok niej, jednak nie za blisko, by nie czuła się skrępowana. Podał jej kubek z parującym płynem i na ławce pomiędzy nimi postawił połamaną na kawałki czekoladę na talerzyku.
- Taka tam, fantastyka…
- Częstuj się – odparł ze śmiechem, podsuwając talerzyk w jej kierunku. – Więc mówisz, że lubisz czytać?
- Tak spędzam wolny czas. A kiedy jestem zła albo jest mi przykro, lubię znaleźć sobie taką odskocznię w kształcie książki. Chociaż bardziej od powieści fantasy lubię kryminalne.
- No, cóż – westchnął. – Ja w takiej dziurze nie znajduję zbyt wiele zajęć, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby pomiędzy obowiązkami poczytać. Moja narzeczona twierdzi, że to strata czasu, a ja ostatnio mam go zbyt dużo, więc może to nie ma znaczenia…?
Kayla usilnie próbowała nadążyć za tokiem rozumowania mężczyzny, jednak po chwili stwierdziła, że to jest po prostu niemożliwe. Od jednego tematu błyskawicznie przeszedł do następnego (mianowicie filmów), a po kilku minutach przerobili już muzykę, teatr, kino i inne formy rozrywki.
Dziewczyna dowiedziała się nawet, że w miasteczku znajduje się małe kino, jednak rzadko kto je odwiedza, ponieważ w większości mieszkańcami są starsi ludzie, których to już po prostu nie interesuje.
Przez najbliższe pół godziny siedzieli, rozmawiając na najróżniejsze tematy (okazało się, że rudzielec ma na imię John i mieszka w starym, ale odnowionym domu tuż nad plażą, który można zobaczyć z każdego miejsca w miasteczku, jako że znajduje się na wzgórzu). Jego przyszła narzeczona, Michaelle, jest córką najbogatszego mężczyzny w całym miasteczku, który, gdyby przyjechał do Londynu, byłby w pierwszej dwudziestce najbogatszych. John opowiedział jej, że jego przyszły teść osiadł z liczną rodziną w takiej „dziurze”, ponieważ jego żona, wspaniała Lorence, miała dość miasta, zakorkowanych ulic i zanieczyszczonego powietrza.
- No, Kay - rzucił, a Kayla z trudem zapanowała nad złością. Nienawidziła tego zdrobnienia, zresztą prawie tak samo, jak swojego pełnego imienia i pewnie nie poprawił tego fakt, że czytała wszystkie części Domu Nocy, autorstwa P. C. i Kristin Cast, w których jej imienniczka była wredną s*ką. – Późno się zrobiło, już dawno skończyłem zmianę. Co powiesz na to, żebym odprowadził cię do domu dziadków? Mam nadzieję, że nie zajmie to więcej niż dziesięć minut, ale chyba nie uśmiecha ci się perspektywa chodzenia samej o tej porze.
- Jest mały problem… ja nie wiem, gdzie mieszkają moi dziadkowie. Nigdy tutaj nie byłam… a przynajmniej nie przez dziesięć ostatnich lat.
John sprawiał wrażenie zdumionego.
- Ale widziałaś ich, prawda? Poznasz ich, gdybyś spotkała ich na ulicy?
Kayla smętnie pokręciła głową.
- Ich też dawno nie widziałam.
- A twoi rodzice uznali, że najwyższa pora to zmienić? – zapytał spokojnie, choć w rzeczywistości zastanawiał się, jak biedaczce pomóc.
- Nie… nie mam rodziców.
- Ach. – Wyprostował się, westchnąwszy głęboko. – To… masz jakiś pomysł, jak ich znaleźć? W razie najwyższej konieczności możesz przenocować tutaj, ale podejrzewam, że wolałabyś wygodne łóżko, więc jeśli nie masz nic przeciwko temu, zaprowadzę cię do siebie. Mamy w domu dosyć wygodną kanapę… No i, jestem pewien, że Michaelle nie będzie miała nic przeciwko temu. A jak już się wyśpimy, pomożemy szukać ci dziadków.
Kayla nie bardzo wiedziała, jak ma zareagować, jednak John nie wydawał się żadnym gwałcicielem. W końcu kiwnęła głową i pozwoliła zaprowadzić się na główną ulicę, opustoszałą o tej porze.
Co jakiś czas mijali kilka odnowionych, jasnych domów, które musiały wyglądać pięknie za dnia, jednak w większości była tu przeważająca ilość zieleni. Dziewczyna jeszcze nigdy nie widziała tylu kwiatów, drzew i krzewów rosnących w jednym miejscu, ale po ciemku wydawało się to bardziej przerażające, niż urocze czy piękne.
Kayla kilka razy potknęła się, jednak udało jej się zachować równowagę, ponieważ upadek na żwirowaną alejkę z pewnością skończyłby się zdarciem skóry z kolan i łokci, a John nie złapałby jej w porę, ponieważ obie ręce zajęte miał jej walizkami.
Nagle od tyłu oświetliły ich mocne światła samochodowe. Gdy się odwrócili, mrużąc oczy, nie zauważyli nic więcej, jednak po chwili światła zgasły, a ich oczom ukazała się ubłocona terenówka.
- Hej, Johnny! – usłyszeli miły, kobiecy głos. Kayla nie podejrzewała, by była to jego narzeczona, ponieważ Michaelle bardziej wyobrażała sobie jako zakochaną w sobie damę, a to z pewnością nie była dama. Jej jasne włosy opadały łagodnymi falami na szczupłe ramiona i plecy, a duże oczy świdrowały ich od stóp do głów. – Tak późno wybrałeś się na spacer?
- Witaj, Holly – uśmiechnął się do niej ciepło John. – Poznaj Kaylę. Przed godziną przyjechała tutaj ostatnim pociągiem i ma mały problem. Przyjechała na wakacje do dziadków, ale dawno ich nie widziała i nie wie, gdzie dokładnie mieszkają.
Kayla nie była zachwycona tym, że John wygadał wszystko obcej kobiecie, ale jeśli miałaby się zastanowić, to ona przed chwilą wypaplała wszystko obcemu mężczyźnie, więc chyba nie powinna się na niego złościć.
- Kim są twoi dziadkowie? – zapytała Holly, spoglądając na nią. Mówiła spokojnym, niemal łagodnym tonem, przez co od razu wzbudziła sympatię nastolatki.
- Alicia i Theodor Moore.
- Ach! Nie ma problemu. Wskakujcie, podwiozę was. A ty, John, mógłbyś wykazać się nieco większą przytomnością umysłu. Nie pamiętasz tych ludzi, którym czasem pomagam w gospodarstwie, co twierdziłeś, że są bardzo mili? To właśnie państwo Moore.
- Naprawdę?! – wykrzyknął zdumiony John, siadając na miejscu pasażera, wcześniej umieściwszy walizki Kayli w bagażniku, podczas gdy ona zajęła miejsce z tyłu.
- No, tak, tak – mruknęła Holly, kierując samochód w stronę ciemnej plamy na horyzoncie, która musiała być morzem. – Oho, chyba twoja żoneczka się nie może doczekać, aż wreszcie cię zobaczy…
Kayla przez chwilę skupiła się na tonie głosu kierującej samochodem, w którym wyczuła nutę rozbawienia, ironii i zrezygnowania. A przynajmniej tak jej się wydawało, jednak potem dostrzegła stojącą przed jasnym, piętrowym domkiem wysoką, krótkowłosą kobietę z rękami założonymi na piersiach. Gdy podjechali bliżej, dostrzegła, że kobieta nie jest krótkowłosa – była to blondynka, która związała włosy w ciasny kok, owinięty siatką. Spojrzała kątem oka na Johna, który zafascynowany wpatrywał się w morze, pewnie zastanawiając się, jak się wytłumaczy z tego spóźnienia.
Wysiadł z samochodu i usłyszeli, jak radosnym głosem wita się z narzeczoną.
- Optymistyczny wariat – skwitowała Holly, gdy Michaelle omal go nie spoliczkowała, a ten dalej się śmiał. – To, co? Jedziemy do twoich dziadków, tak?
Kayla zauważyła, że odkąd John wysiadł z samochodu, wesołe oczy Holly nieco posmutniały i zrozumiała, że coś ukrywają przed sobą. Była tu jednak nowa i nie chciała mieszać się w nie swoje sprawy.
Holly sprawnie wycofała terenówkę z wąskiej drogi i wróciła na żwirową alejkę.
- Więc przyjechałaś na wakacje, tak?
- Można tak powiedzieć – odparła Kayla. – Moje życie się trochę posypało i przez najbliższy czas będę tutaj mieszkać.
- Hmm. Posypało, mówisz. Cóż, nie moja sprawa, nie mieszam się. Cieszysz się, że zobaczysz dziadków?
- Nie znam ich.
- To naprawdę bardzo mili ludzie. Nie będziesz żałować. Ale mają spore gospodarstwo i czasem nie dają sobie z nim rady. Dlatego proszą mnie o pomoc. Wiesz, pracuję jako miejscowy weterynarz, chociaż nie skończyłam studiów i nie mam papierów. Ale miejscowa policja mnie zna i wiedzą, że ja znam się na fachu, dlatego mam wolną rękę. A ty? Lubisz zwierzęta?
Kayla przytaknęła. Czuła, że z tą kobietą wiele ją łączy i, że znajdą wspólny język.
- Najbardziej lubię psy – przyznała.
- Ja też, choć równie ważne są dla mnie konie – uśmiechnęła się Holly.
Reszta drogi upłynęła w przyjemnej rozmowie na temat zwierząt i opieki nad nimi. Kayla niemal żałowała, że ta przejażdżka tak szybko minęła, ponieważ naprawdę polubiła tę kobietę i miała wrażenie, że jest o niebo lepsza od narzeczonej Johna.
Gdy wjechały na duże podwórko, otoczone rozlatującym się płotem, na ganku zapaliło się mdłe, zielonkawe światełko i w drzwiach stanęła wysoka, lecz przygarbiona kobieta z burzą niegdyś czarnych, dziś lekko posiwiałych włosów. Na nosie miała małe okulary, a kremowy szlafrok lekko rozwiewał wiatr.
- Holly, co ty tu robisz o tak później porze? – zapytała kobieta nieco skrzekliwym głosem. Holly uśmiechnęła się i podeszła do bagażnika terenówki, by go otworzyć.
- Przepraszam, pani Moore, że przeszkadzam, ale przywiozłam Kaylę.
- Kaylę? Jaką Kaylę…?!
Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Holly zamarła z torbą w rękach, spoglądając zdumiona na nastolatkę, która wysiadła z samochodu i spojrzała na starszą kobietę. Ta również na moment zamarła, a potem szeroki uśmiech rozjaśnił jej twarz, a w oczach stanęły łzy.
- Kayla… - wyszeptała cicho. Podeszła bliżej i uściskała wnuczkę, która kątem oka dostrzegła, że Holly postawiła torby na ziemi i stanęła niezdecydowana, jakby się bała przeszkodzić.
Alicie położyła dłonie na twarzy dziewczynki, oddychając ciężko.
- Mój Boże, skąd ty się tu wzięłaś… i jak wyrosłaś! Dlaczego Andrea nie zawiadomiła nas, że przyjeżdżacie… gdzie ona jest?
Kayla poczuła, że nie może wypowiedzieć ani słowa z powodu twardej guli, która powstała w jej gardle. Coś mocno ścisnęło jej żołądek i nim zdążyła się opanować, już łkała w ramionach babci.
Wszystko się posypało. Babcia nie wiedziała o śmierci mamy, a więc nie wiedziała też, że Kayla ma do niej przyjechać. A przecież sąd wyraźnie mówił, że jakaś pani Morisson z Domu Dziecka ma do niej zadzwonić i ją zawiadomić o tym. Jak widać tego nie zrobiła i teraz wytłumaczenie się zejdzie na Kaylę, która nie miała najmniejszej ochoty opowiadać o śmierci matki.
Alicie i Holly nie bardzo wiedziały, jak mają ją uspokoić, jednak ona cały czas płakała w chusteczkę, którą podała jej Holly. W końcu drżącym głosem opowiedziała o całej sprawie z sądem, mimo wszystko bojąc się wspomnieć o mamie.
- Zaraz, zaraz – powiedziała Alicie. – Jaki Dom Dziecka? Jaki sąd? Jaka pani Morisson?!
- Dwa tygodnie temu… mama miała wypadek – jęknęła Kayla. – Od tamtej pory mieszkałam u przyjaciółki, ale sąd postanowił – pociągnęła nosem - postanowił, że mam przyjechać tutaj i… przepraszam, babciu!
- Mój Boże – wyszeptała Alcie. – Czyli Andrea nie… nie żyje? O, Boże, dziecko, chodź do domu… i nie przepraszaj, bo w niczym nie zawiniłaś… Theodorze! – zawołała w stronę domu. – Theodorze, zajdź tutaj!
Po chwili przez drzwi frontowe wypadł starszy mężczyzna, niczym rażony gromem. Miał na sobie starą piżamę, a jego broda była całkowicie siwa. Na głowie zostało mu na oko pięć włosków, również siwych.
- Co się stało, moja droga? Holly? Och! A ty jesteś…? – zaczął, spoglądając na już prawie uspokojoną Kaylę.
- Theodorze, to Kayla. Nasza wnuczka – podpowiedziała babcia. – Chodź, zaprowadźmy ją do domu, a ja ci potem wszystko wyjaśnię. No, chodź, kochana – szepnęła do nastolatki.
- To, ja już pojadę – mruknęła Holly, a babcia dopiero wtedy przypomniała sobie o jej obecności.
- Nie zostaniesz na chwilkę? – zapytała.
- Nie, nie będę przeszkadzać. Dobranoc. Na razie, Kayla. Miło było cię poznać.
Kayla pokiwała głową.
- Dzięki za pomoc – powiedziała, a Holly uśmiechnęła się do niej ciepło, a następnie wsiadła do samochodu i odjechała.
W domu, babcia wszystko wyjaśniła mężowi, a on, począwszy od ściskania wnuczki, skończywszy na głaskaniu jej po głowie, mamrotał pod nosem wściekłe uwagi odnośnie pani Morisson.
Dziadkowie dali jej do picia gorącej czekolady i zgodnie postanowili, że w poniedziałek dziadek osobiście wybierze się do Londynu i porozmawia z tą kobietą.
Zaraz potem, babcia posłała jej łóżko w małym pokoiku na poddaszu, a dziadek wtaszczył tam jej walizki. Pokój był naprawdę malutki, jednak Kayli się podobał. Światło było mocne, oświetlało każdy jego kąt, więc nadawało się do czytania, a i pod ścianą, po obu stronach drzwi znajdowały się półki z książkami ustawione na komodach, z których każda miała po trzy ogromne szuflady. Naprzeciwko, pod skośną ścianą stało wygodne, mięciutkie, ale skrzypiące łóżko, obok którego stała szafka nocna z jedną szufladką i dodatkową lampką.
- Proszę, kochanie. Naprawdę nie mieliśmy pojęcia, że przyjeżdżasz, więc… może lepiej nie rozpakowuj się dzisiaj, wyjmij tylko przybory do mycia, piżamę i idź pod prysznic, albo do wanny, jak wolisz, a ja jutro przetrę te szafki, bo dawno nie były używane i wtedy wyjmiesz ubrania, dobrze? – Wszystko to kobieta powiedziała praktycznie jednym tchem, sprawiając wrażenie niepewnej, czy wnuczka nie będzie miała nic przeciwko.
- Dziękuję, babciu – szepnęła Kayla. Kobieta uśmiechnęła się do niej.
- Proszę, słoneczko.
Dziewczyna przypomniała sobie, jak przez mgłę, że gdy jeszcze dziadkowie często do nich przyjeżdżali, babcia zawsze ją nazywała swoim małym słoneczkiem. Teraz dopiero do niej dotarło, jak bardzo była głupia, gdy nie chciała tutaj przyjeżdżać.
Po długim, gorącym prysznicu Kayla, przebrana w przyjemną w dotyku koszulę nocną, okryła się kołdrą i zaczęła czytać następny rozdział Harry’ego Pottera. Wbrew pozorom, książka ta naprawdę ją wciągnęła, ponieważ napisana była lekkim stylem, a autorka miała talent budowania atmosfery nawet podczas śniadań w Wielkiej Sali. Kayla poprzednie cztery części przeczytała jednym tchem i już miała ochotę sięgnąć po kolejną, szóstą, z żalem przypominając sobie, że będzie jedynie siedem.
Gdy oderwała się wreszcie od książki, dochodziła pierwsza w nocy. Kayla ze zmęczeniem odłożyła opasłe tomisko na szafkę i zgasiła nocną lampkę, układając się wreszcie do snu.
Następnego ranka razem z dziadkiem wybrała się do okolicznych sklepów. Dziadek opowiadał jej o tutejszych mieszkańcach i z radością pokazywał jej kolejne zabytki, których w zasadzie nie było zbyt wiele. Parę razy spotkał się na ulicy ze znajomymi i przedstawił im wnuczkę. Kayla stwierdziła, że ludzie, mieszkający tutaj są naprawdę mili, wszyscy życzyli jej (szczerze! – tego była pewna, a to nie zawsze można było spotkać w Londynie) dobrego dnia, który naprawdę zapowiadał się fantastycznie.
- Dziadku – zagadnęła w końcu, zdecydowawszy się zadać pytanie, które nie dawało jej spokoju.
- Słucham cię – zwrócił się do niej z ciepłym i serdecznym uśmiechem, gdy przechodzili obok piekarni.
- Znasz Johna, tego konduktora?
- John Schopher? – zapytał z ciekawością. – Tego ze stacji?
- Tak, właśnie tego. To jego pierwszego poznałam, jak tu przyjechałam. Ponieważ nie wiedziałam, gdzie mieszkacie, on zaoferował, żebym została na noc w domu jego i jego narzeczonej, a z rana pomógłby mi was poszukać.
Dziadek pokiwał głową, na znak, że jej słucha.
- Czy między nim i Holly coś jest?
- Nie rozumiem – odparł zdumiony dziadek.
- No… w sensie, czy coś do siebie czują – poprawiła się Kayla, rumieniąc lekko.
- Chyba się przyjaźnią… - Dziadek najwyraźniej nie był tego pewien. - Będziesz musiała zapytać o to któreś z nich, bo ja nie mam bladego pojęcia. Na pewno znają się od kołyski i był chyba okres kiedy się przyjaźnili. Oboje pochodzą stąd. Tylko ta… - tu odchrząknął znacząco – Michaelle, wraz z rodziną, sprowadziła się tutaj z miasta. Słyszałem, że ten John dostał na jej punkcie szału… Nie dość, że ładna, to jeszcze bogata. Ale słyszałem, że jest okropna. Alicie mi tak mówiła, a ona usłyszała to, co prawda, od największej plotkary w miasteczku, ale… Myślę, że ta informacja jest prawdziwa.
Kayla zamyśliła się i prawie nie słuchała, jak dziadek opowiadał jej o historii miejscowej piekarni, która podobnież była strasznie ciekawa. Prawda jednak była taka, że dziadek zwyczajnie zmyślił ją, jako że, będąc pisarzem upracował sobie bujną wyobraźnię. A zmyślił wszystko, by zaciekawić wnuczkę i nie pozwolić jej się nudzić, jednak szybko zdał sobie sprawę, że jej myśli są pochłonięte czym innym. A raczej kim innym, bo oto po drugiej stronie alejki dostrzegli Marka Marshalla, najprzystojniejszego nastolatka w całej miejscowości.
Choć lipiec dopiero się zaczynał, on miał na sobie ciemną opaleniznę, którą odsłaniały krótkie do kolan, porwane spodenki i cienka koszula, rozpięta pod szyją. Mark włożył ręce nonszalancko do kieszeni spodni, a jego ramienia uczepiła się jeszcze silniej opalona czarnowłosa piękność, mniej więcej w wieku Kaylii.
- Kto to jest, dziadku? – zapytała, obserwując, jak nieznajoma dziewczyna, przytrzymując się prawdopodobnie swojego chłopaka, sięga do sandała, by wyciągnąć z niego kamyk.
- To dzieci Marshallów. Mieszkają niedaleko nas. Kinga i Mark. Kinga będzie chyba chodzić z tobą do klasy, a Mark, jeśli się nie mylę, jest parę lat starszy od was. Spróbuj do nich zagadać – doradził nagle. – Są całkiem sympatyczni, a ich rodzice to naprawdę wspaniali ludzie.
Kayla zamyśliła się. Nie chciałaby wyjść na idiotkę, ale również strasznie korciło ją, by podejść do nich i pogadać. Kto wie, może zyskałaby przyjaciół?
- No, idź, a ja na chwilę wpadnę do piekarni, żeby pogadać z panem Cotterline’em.
I nim zdążyła zaprotestować, dziadek już wszedł do piekarni i zamknął za sobą drzwi. Przez chwilę serio rozważała, czy nie pójść za nim, ponieważ nie należała do osób będących duszami towarzystwa; raczej nieśmiało trzymała się z tyłu. Nie zdążyła jednak zdecydować, co zrobić, bo usłyszała czyjś głos:
- Hej, jesteś tu nowa? – Gdy się odwróciła, dostrzegła stojących przed nią Kingę i Marka.
- Eee… - wyjąkała, przeklinając w myślach. – Tak, chyba… to znaczy, tak. Jestem nowa. Kayla Moore.
Oboje uśmiechnęli się do niej.
- Cześć, jestem Kinga Marshall, a to mój brat, Mark. Przyjechałaś tutaj na wakacje?
- Prawdopodobnie tak, ale chyba zostanę trochę dłużej. Będę tu chodzić do szkoły.
Kinga uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- Wspaniale! Wiesz, większość uczniów już wyjechała na wakacje, więc poznasz ich raczej dopiero we wrześniu, a poza tym sporo z nich mieszka w sąsiednich wsiach, ale są naprawdę bardzo mili. Przystosujesz się szybko, zobaczysz… A propos wsi, oprowadzić cię?
- Czemu nie – uśmiechnęła się Kayla, zapominając zupełnie o dziadku, który właśnie otwierał drzwi piekarni i usłyszał tę krótką wymianę zdań, co było zupełnie szczęśliwym trafem, jako że mógłby się niepokoić, gdyby jego wnuczka nagle  gdzieś zniknęła.
We trójkę ruszyli żwirową alejką, przechodzącą przez całe miasteczko, od części ze sklepami i instytucjami publicznymi do domostw i plaży, kończąc się tuż przed domem Johna Schophera.
- Więc, skąd przyjechałaś? – zapytał nieco ochrypłym, ale przyjemnym głosem Mark.
- Z Londynu – odparła Kayla, rozglądając się z ciekawością, choć w zasadzie nie interesowały jej widoki wsi; patrzyła wszędzie, byle by nie na Marka, żeby znów nie wyjść na idiotkę. – Mieszkałam tam od urodzenia, ale niedawno moja matka miała wypadek… i przyjechałam tutaj.
- Przykro mi – powiedziała ze współczuciem Kinga. – My swoich rodziców praktycznie nie znaliśmy. Ja ledwie się urodziłam, a Mark miał trzy lata, kiedy nas porzucili i od tamtej pory mieszkamy u Marshallów. Szczerze mówiąc nawet mi się to podoba, może dlatego, że nie pamiętam innego życia.
- Tak, tutaj jest dobrze – zgodził się Mark. – Twoi dziadkowie to państwo Moore? Nasi rodzice się z nimi przyjaźnią. Ale nigdy nie słyszałem, że mają wnuczkę.
- Jak ostatnim razem ich widziałam, miałam pięć lat. Wtedy zmarł mój ojciec i mama pokłóciła się z babcią, i straciliśmy kontakt. Sąd zdecydował, że powinnam przyjechać tutaj na wakacje, a potem wrócę do Londynu i sama powiem, czy wolę mieszkać tutaj, czy w Domu Dziecka do pełnoletniości. A raczej sąd zdecyduje, biorąc pod uwagę moje zdanie.
- To chyba dobrze? – zapytała Kinga. Kayla uśmiechnęła się.
- W zasadzie już mi się tu podoba. Może uda mi się zostać na dłużej, jeśli dziadkowie nie będą mieli nic przeciwko temu.
- Na pewno nie! – zapewnili ją.
Doszli spacerkiem do centrum miasteczka, czyli dużego, brukowanego placyku, otoczonego licznymi dębami i krzewami. Pośrodku stała mała fontanna, a pod drzewami znajdowało się kilka drewnianych ławeczek, z których praktycznie wszystkie błagały przechodniów o nową farbę.
Przysiedli w cieniu, rozmawiając wesoło i witając przechodniów uprzejmym „dzień dobry”. Kayla dostrzegła, że jakiś mężczyzna usiadł na ławce po drugiej stronie placyku, wcześniej oparłszy swój rower BMX o dąb za plecami. Po chwili rowerzysta chrapał cicho.
- Nie ukradną mu tego roweru? – zapytała Kayla, pochylając się ku nowo poznanym kolegom.
- Nie – zaśmiała się Kinga. – Tu sami swoi. Każdy wie o każdym, więc nie ma szans, by nie domyślić się, kto mógłby go ukraść. To odstrasza potencjalnych złodziei.
- Patrzcie – rzucił Mark, wskazując w stronę, z której przyszli. Zobaczyli tam Michaelle wspierającą się na ramieniu Johna. Szli w milczeniu; John zdawał się uśmiechać zawadiacko, natomiast jego ukochana wyglądała na znudzoną. Co jakiś czas najwyraźniej rzucał żartem, ponieważ lekko poruszała ustami, co miało być zapewne uśmiechem, a wyglądało jak grymas, który świadczył o tym, że zjadła cytrynę.
Gdy przechodzili, John uśmiechnął się do Kaylii, a ona mu odmachała.
- Znacie się? – zdziwiła się Kinga.
- Poznaliśmy się wczoraj – odpowiedziała Kayla. – Jest bardzo sympatyczny.
- No, nie powiedziałabym – rzuciła nowa koleżanka, a jej brat pokiwał głową. – Skoro chodzi z tą wiedźmą… Nie słyszałaś najnowszych plotek? Owinęła go sobie wokół palca, żeby się jej oświadczył. Za dwa miesiące biorą ślub, a ona wcale go nie kocha. Podobno jej ojciec, po kłótni o rodzinny majątek, oświadczył, że odziedziczy go jej mąż, a po jego śmierci ona. Nawet chciał ją wydziedziczyć, ale matka wybiła mu to z głowy. Podobno charakterek ta Michaelle odziedziczyła po niej.
- Naprawdę? A biedny John jest w niej zakochany po uszy… Może gdyby nie ta małpa, to zwróciłby uwagę na inną…
- Co?! Startujesz do niego? – zapytała ze zdumieniem Kinga.
- Ja?! Nie! – roześmiała się Kayla. – Miałam raczej na myśli Holly. Ją też wczoraj poznałam. Na moje oko pasują do siebie, poza tym ona chyba go lubi. On ją też, ale jak w rozmowie pojawia się Michaelle, to zupełnie traci głowę.
- Holly Johnson i John Schopher… no, nie wiem – westchnęła Kinga.
- Eee… dziewczyny, może zmienimy temat na bardziej uniwersalny, co? – zapytał Mark. – Bo nie przepadam za wymianą plotek.
Obie zaśmiały się serdecznie.

 


Głosuj (0)

littlelie 17:43:22 10/09/2015 [Powrót] Komentuj









.:Strona Główna:.

==>Wróć